Dieta zgodna z DNA, ponieważ każdy z nas jest inny

NASZA EKSPERTKA TŁUMACZY: Dieta zgodna z DNA. Dlaczego to, co działa na jednych, nie sprawdza się u innych?

Trochę podpowiadała nam intuicja. Każdy z nas przecież zna osoby, które całe życie jadły golonki, parówki, kiełbasy i nie mają problemu z cholesterolem.

– Nie wszyscy mamy ten sam profil żywieniowy. Co to oznacza? W przypadku osób zmagających się z nadwagą czy otyłością – to, że stosując te same zasady redukcji masy ciała, za pomocą diety nie osiągniemy u każdej z nich takich samych efektów.

Widzimy to jako lekarze i dietetycy każdego dnia. To, co działa na jednych, nie sprawdza się u innych pacjentów. Od jakiegoś czasu są dostępne na rynku badania nutrigenetyczne. Na podstawie wyników tych badań, na razie na niewielkiej próbie 2,5 tys. Polaków, udało się m.in. ustalić, że programy żywieniowe, które do tej pory stosowaliśmy i na podstawie których staraliśmy się ułożyć dietę, są trafione dla nieco ponad połowy pacjentów.

Wyniki badań dowodzą bowiem, że tylko dla 52 proc. osób, które wykonały badanie nutrigenetyczne, zasady odchudzania oparte na piramidzie zdrowego żywienia spełniają kryteria racjonalnego żywienia.
Oczywiście, musimy ustalić jakieś ogólne wytyczne. I do tej pory skupialiśmy się na tym, co jest dobre dla większości. Problem w tym, że dla pozostałych 48 proc. odchudzanie „standardowe” może nie być skuteczne.
2,5 tys. osób to jeszcze zbyt mało, by móc podsumować całe społeczeństwo, ale wyniki tych testów już dają do myślenia. A jeśli się potwierdzą dla większej grupy osób, to metody, które do tej pory zalecaliśmy jako dietę do leczenia otyłości, dla 48 proc. będą niewłaściwym zaleceniem.

Podam skrajny przykład. Dieta Dukana i Kwaśniewskiego, jedna białkowa, a druga tłuszczowa, brzmi jak koszmar dla dietetyka. Jest jednak garstka ludzi, która się na nich świetnie czuła i nie miała żadnych skutków zdrowotnych.
To myśmy wycofali się z tych diet, bo badania populacyjne wykazały, że większości one szkodzą. Teraz może się okazać, że u niektórych to był błąd. Trochę podpowiadała nam intuicja. Każdy z nas przecież zna osoby, które całe życie jadły golonki, parówki, kiełbasy i mają świetny lipidogram. Nie wiedząc nic o nutrigenetyce, widzieliśmy, że coś „działa inaczej” u tych osób. To zresztą służy często naszym wymówkom: „Moja babcia tak jadła i miała zdrowe serce, to ja też mogę”. Problem w tym, że my mamy inne polimorfizmy genetyczne i jesteśmy narażeni na inne czynniki środowiskowe niż nasze babcie.

Może gdyby każdy z nas dokładnie obserwował, co mu służy, a co mu nie służy w diecie, i słuchał swojego ciała, to badania nutrigenetyczne byłyby niepotrzebne. Tylko kto z nas ma na to czas? Ludzie nie zastanawiają się nad tym, jak się czują, bo generalnie czują się źle, są zmęczeni i zapracowani. Składamy to złe samopoczucie na pośpiech cywilizacyjny, na stres. A może jesteśmy ciągle zmęczeni, bo jemy nie te rzeczy, które powinien dostawać nasz organizm?

Poza tym czasem ciało nas oszukuje i „zapewnia”, że to ciasto francuskie to dobrze nam zrobi, a tymczasem źle metabolizujemy zawarty w nim tłuszcz. Za to dobrze by nam zrobił makaron z truskawkami.

Badania nutrigenetyczne bardzo zmieniają nasze podejście do indywidualnych diet redukujących.

Zajmuję się leczeniem otyłości od 19 lat, prowadząc ośrodek. Mam też swoje porażki w odchudzaniu pacjentów. Wraz z rozwojem badań genetycznych właśnie w stosowaniu „standardowych” diet redukujących masę ciała upatruję pewnych swoich niepowodzeń w leczeniu otyłości. Bywały w mojej praktyce sytuacje, w których mimo powszechnie stosowanych zaleceń pacjent nie tracił na wadze. Co więcej, skarżył się, że czuje się na diecie źle. To bardzo stresująca sytuacja. Najczęściej wtedy lekarz czy dietetyk podejrzewa, że pacjent nie stosuje się do jego zaleceń, a z kolei pacjent zarzuca nam, że proponujemy mu nieskuteczne metody, bo przecież on robi to, co mu zaproponowaliśmy. Bardzo bym chciała, żeby te osoby, u których są niepowodzenia w leczeniu otyłości, miały możliwość wykonania takich badań. Najprawdopodobniej to będą właśnie pacjenci mający profile metaboliczne inne niż „standardowe”, wymagające zatem innego podejścia do żywienia. Dobrze by było, żeby te badania były tańsze, bo niestety, na razie cena jest zaporowa. Większości moich pacjentów na to nie stać. Wiedząc już jednak, że mogą wymagać innej diety, proszą, by w takim razie próbować każdą z nich po kolei i może w końcu trafimy. Nie jest to dobra sytuacja, bo eksperymentując, burzymy metabolizm, jaki ma dana osoba. I albo trafimy za drugim, albo za trzecim, albo za piątym razem. Ale z drugiej strony – klasyczna „zdrowa” dieta odchudzająca na nich nie działa.

Dla mnie jako lekarza i dietetyka to duży dyskomfort. Wiem, jak skorzystać z tego, co odkryła nauka, ale nie mam możliwości zastosowania tej wiedzy, bo pacjent nie jest w stanie za to zapłacić. Część moich pacjentów już takie badania wykonała. I komfort pracy z nimi jest ogromny. Widać czarno na białym, jakie popełnialiśmy błędy i jak ich uniknąć, by zwiększyć szanse na sukces.

Drugim problemem jest potencjał oksydacyjny osoby otyłej albo jej potencjał detoksykacyjny. A o nim przed erą badania genów nic nie wiedzieliśmy. Wszystkim po prostu zalecaliśmy spożywanie dużej ilości owoców i warzyw ze względu na zawartość witamin zwalczających wolne rodniki.Detoksykacją czy zdolnością organizmu do „oczyszczania się” i usuwania toksyn wcale się nie zajmowaliśmy, bo niewiele na ten temat wiedzieliśmy. W tej chwili mogę to zbadać! Są warianty genów, które warunkują u danej osoby bardzo niski potencjał detoksykacyjny. Widząc wyniki, wiem, jakie produkty żywieniowe muszę pacjentowi dodatkowo włączyć do diety – poza jego profilem metabolicznym – żeby ten potencjał oczyszczania organizmu zwiększyć, np. brokuły, jarmuż, cytryny, czosnek, szpinak, imbir, spirulinę i inne. To ma duże znaczenie, bo słabo radzący sobie z oczyszczaniem organizm wymaga specjalnej troski pod względem jego „płukania”. Trzeba to brać pod uwagę także przy redukowaniu masy ciała pacjenta. Taka osoba musi bardzo ograniczyć alkohol i inne używki, jeśli to możliwe – ograniczyć leki. Rzucić palenie, pić co najmniej dwa litry wody mineralnej codziennie, dbać o wątrobę, która jest głównym narządem detoksykacyjnym, i o nerki. W przypadku takiego pacjenta naprawdę zasadne jest spożywanie odpowiednich produktów, najlepiej jak najmniej przetworzonych, ekologicznych, za to z dużą ilością błonnika pokarmowego. Taka osoba gromadzi np. wszystkie kwasy trans, metale ciężkie, pestycydy, środki ochrony roślin. To są dodatkowe zalecenia, które dla pacjenta mają ogromne znaczenie. Pamiętajmy, że jeśli nasz organizm ciężko radzi sobie z oczyszczaniem, to może to mieć także przełożenie na rozwój otyłości i chorób towarzyszących, w tym nowotworów.
Co prawda same geny tego nie powodują. Jak ktoś ma niski potencjał oksydacyjny, to po prostu jego organizm na starcie wymaga wspierania osłabionych genów. Taka osoba od urodzenia wymaga zwiększonego spożywania warzyw i owoców oraz innych związków, m.in. zawierających glutation, polifenole czy koenzym Q10, które wpływają na proces usuwania wolnych rodników. Im dłużej takie „podtruwanie” ciała trwa u osoby, która nie zadbała o dobry czynnik środowiskowy, czyli jedzenie, tym szybciej u niej występują choroby.

Słabe geny można wzmocnić, ale nawet najlepsze „zepsuć”.

A jak na złe geny nałożymy złe czynniki środowiskowe, to jest jak w pokerze – dostaliśmy kolejną złą kartę i przegrywamy: mamy stany zapalne, nowotwory, choroby układu krążenia, cukrzycę czy otyłość. Osoba otyła jest narażona na rozwój wielu różnych chorób, które wynikają i ze złej detoksykacji i oksydacji, i ze stanu zapalnego, który generuje tkanka tłuszczowa.
Możemy też zbadać kolejny ważny element układanki: sposób, w jaki metabolizujemy poszczególne składniki pokarmowe, witaminy, minerały, składniki antyoksydacyjne.
Widząc, jak pacjent wykorzystuje poszczególne witaminy, mogę ocenić, ile tak naprawdę produktów je zawierających powinien zjeść. Czasem mniej niż zalecana ilość, czasem znacznie więcej! A bywa, że jeśli pacjent nie jest w stanie zjeść zalecanej ilości, to niestety, trzeba się suplementować. Dla niektórych to konieczne.

Dobre prognozowanie żywienia poprawia chęć stosowania danej diety, bo pacjent dostaje to, co jego organizm dobrze toleruje. I widzi efekty swoich starań.

Tyle się mówi o tym, że nie tak łatwo się odchudzić. Bo nie jest łatwo. Trzeba robić wszystko, żeby pacjent się zachęcił, a nie zniechęcił. Dla niektórych już samo zatrzymanie przybierania na wadze ma znaczenie dla zdrowia.
Zdarzyło mi się nieraz, że w dietę pacjenta starałam się wkomponować jak najwięcej błonnika. Uważałam, że on będzie zmniejszał łaknienie, poprawi metabolizm glukozy. A pacjent nie był w stanie tego zjeść. Okazało się po badaniu nutrigenetycznym, że ta osoba bardzo źle metabolizuje węglowodany, więc ona po prostu nie da rady zjeść tego, co jej zalecałam. Jej organizm tego nie przerobi. Czegoś trzeba się było trzymać i trzymaliśmy się zaleceń. Nadal zresztą się ich trzymamy, bo dla większości ludzi są one słuszne, ale warto wiedzieć, że są odstępstwa od tych ogólnych zasad. Ludzka różnorodność genetyczna jest niesamowita. Jesteśmy inni, dlaczego zatem miałaby być jedna uniwersalna dieta dla każdego?

Kolejna kwestia: zwykle pacjent otyły pyta mnie o kawę i alkohol. Czy może je pić? A najczęściej jest to pacjent, który już ma nadciśnienie tętnicze. Pyta też, czy ma solić, czy nie solić.
Mówiliśmy: nie solić, nie pić alkoholu, nie pić kawy. Teraz okazuje się, że wśród tych osób są także osoby sodoniewrażliwe i czy one solą, czy nie solą, to ich nadciśnienie wynika z zupełnie innej przyczyny. Znaczne ograniczenie soli w diecie akurat dla tego pacjenta nie ma więc sensu. Oczywiście, znaczna większość polskiej populacji jest sodowrażliwa, więc dla większości pacjentów dawałam słuszne zalecenia.
Podobnie jest z kawą. Okazuje się, że kawa jest silnym czynnikiem korzystnym chociażby w zapobieganiu rozwoju choroby Alzheimera czy innych chorób degeneracyjnych w ośrodkowym układzie nerwowym. Tyle że część osób ma świetną tolerancję kawy, a część ma z tym duży problem. Kofeina je podtruwa. Dziś, patrząc na genotyp pacjenta, możemy mu powiedzieć: „Tak, proszę pana, może pan pić trzy-cztery kawy dziennie, bo kawa świetnie na pana działa”. Ale mamy też innego pacjenta, który źle metabolizuje kofeinę i jemu można polecić jedną słabą kawę na śniadanie, żeby się rozbudził. Z mlekiem do rozcieńczenia, jeśli nie ma nietolerancji laktozy.

Poza tym pacjenci, którzy zrobili badanie nutrigenetyczne, lepiej współpracują z dietetykiem także z innego powodu: bo mają to na wydruku. Mają większą mobilizację, żeby wykonać coś zgodnie z zaleceniami
Nie brakuje głosów krytycznych wobec nutrigenetyki. Że to trochę czary-mary. Za mało wiemy, by wyciągać wnioski. Ja też się obawiam, że za jakiś czas przyjdzie nowa wiedza, która może wywrócić mi to, czego do tej pory się nauczyłam. Może tak być. Ale jeżeli są już pewne rzeczy, które fachowa literatura potwierdza, że geny i ich polimorfizmy mają wpływ na nasz metabolizm, to uważam, że jest to już coś, co powinniśmy przyjąć i na tym etapie zastosować. Jeśli nawet się coś zmieni, to nie możemy pozostawać głusi na zdobycze nauki, bo uczyliśmy się inaczej. Sądzę, że drastycznie ta wiedza się nie zmieni, ale raczej, że będziemy coraz głębiej wchodzić w indywidualną dietę, opartą także na DNA, dostosowaną do danej osoby.

Wszyscy chcemy dożyć w dobrym komforcie życia sędziwego wieku, a boimy się chorób, w tym degeneracyjnych.
Dobrze wiedzieć, jak poratować swój mózg i zachować jego sprawność – jak wygląda u nas gospodarka kwasami nienasyconymi, choliną, witaminami z grupy B, antyoksydantami.
Już dziś można coś na ten temat wyczytać z genów. Czemu z tego nie korzystać?

NOT. MARGIT KOSSOBUDZKA

*DR HAB. N. MED. LUCYNA OSTROWSKA – Kierownik Zakładu Dietetyki i Żywienia Klinicznego Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku

Źródło: http://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/7,137474,21438585,dieta-zgodna-z-dna-dlaczego-to-co-dziala-na-jednych-nie-sprawdza.html

Dla kogo